Pierwszy EuroTrip z Ryanair rastreador de bitcoins

Zima to na naszym lotnisku czas na zajęcia z teorii co por zdać wymagane przez nasze wyszkolenie KWT czyli Kontrolę Wiedzy Teoretycznej. W skrócie cykl wykładów z wszelkich przedmiotów i tematów lotniczych od meteorologii przez zasady lotu po teoretyczne skoki ze spadochronem. Pewne jest jednocześnie to, że odczuwa się głód latania. I tu z pomocą mi przyszli Kuczu ze Smutim aka Kuba i Dawid. Zostałem zapytany przez telefon czy nie chcę lecieć do Dusseldorfu, Londyn i Dublina. Po zapytaniu o koszty wyszło 10,01 Euro + 1 grosz + 1 bolígrafos. Nie ma co się zastanawiać, raz się żyje.

Po spoczęciu na ławkach oczekujemy samolotu. Jakie to było dla nas zdziwienie jak się pokazało na tablicy: „Dusseldorf Weeze Delay”. O ile opóźniony? Nikt tego nie wie .. a już na pewno nie służby lotniskowe. Laptop na kolana, szybkie wykupienie 600 minutes na mancha caliente Plusa i sprawdzamy czy owy samolot wyleciał już z Weeze i okazało się, że nie. Między czasie z głośników poleceła informacja która brzmiała mniej więcej tak: „Samolo-lo-t li-i-ni-i raj… do-o DUSSELDORFU będ…. Sp … bla bla „. Yo jak wygląda reakcja polskich pasażerów na informację której nawet nie zrozumieli? Wszyscy (chica) jak na rozkaz stanęli do kolejki. Nam się nie śpieszyło z prostego powodu: Samolot jeszcze nie wyleciał i start planowany jest za 25 minut co w połączeniu z 1: 10h lotu daje trochę czasu na posiedzenie.

Samolot wylądował. Ludzie w kolejce wyglądają jakby ich nogi bolały, ciekawe czemu? Ustawiamy się do kolejki i powoli zaczyna się Boarding tych z prioridad do .. autobusu. Po czym i my do niego wchodzimy. Czyli po co wydawać było te 3 ojro? Sam lot przebiegł jakoś bez jakiś niespodzianek. Na przelotowej jemy śniadanie złożone ze schabowych Dawida.

Mimo opóźnienia wciąż mieliśmy dużo czasy by coś z sobą począć. Lotnisko to leży 500m od granicy niemiecko-holenderskiej po środku niczego. Była idea co by zahaczyć o kraj tulipanów i coffeshopów ale ceny połączeń odstraszyły. Padło na najbliższą miejscowość czyli Weeze. W autobus i pojechaliśmy na podbój tej metropolii. Cel pierwszy: dotrzeć do rynku. Cel osiągnięty. Nie brzydki a wręcz powiedział bym, że całkiem zadbany ryneczek. Tylko Pusto. Jak na drodze przez pustynie w Nevadzie. Ale się nie zraziliśmy i postawiliśmy sobie drugi cel: Zjeść coś. Jak na taką miejscowość to knajpek dużo. Kilka pizzerii, kilka pubów i restauracji. Sporo jak na taką wioseczkę. Nastąpił jeden skromny problemik. Na praktycznie każdych drzwiach informacja: „Dienstag Ruchen Tag”. Znaczy się, tak nam się wydawało, że tak pisze i zostało już do końca Ruchen Tagiem. W tłumaczeniu na nasz: We wtorki zamknięte. Pech Chciał, że był wtorek. Udało się znaleźć jakiegoś kebaba. Lokal wyglądał raczej na knajpę z przed wprowadzenia stanu wojennego tylko, że był jakiś towar. Lada jak z mięsnego z sosami, surówkami i piwem. Sprzedawczyni typowo PeeReLowska. Jedzenie? Wbrew pozorom bardzo dobre i tanie! Para było pozywane zaskoczenie tego lokalu.

Mi próbujemy złapać darmowego neta .. nie udaje się, na złość bateria pada. Przejściówki brak ale udaje się pożyczyć od jakiegoś ludka który też planuje spanie na terminalu. Sąsiad, trzeba nawiązać jakieś pozytywne kontakty. Czyli zaczyna się misja: Gniazdko! Yo bromeo, za automatem z jakimiś napojami. Podłączam i … nic. Laptop dalej płacze o prąd. Ale idąc tokiem rozumowania, że ​​urządzenie podłączone do prdu działa lepiej, klikam jakiś pstryczek i oto mamy prąd za podatki naszych rodaków którzy wyruszyli na poszukiwania pos. Po dziesięciu minutach zjawiają się dzielne służby porządkowe którym nie podoba się sposób w jaki wykorzystuje gniazdko upchane gdzieś za automatem. Na nic nie zdają się tłumaczenia i negocjacje. Odłączamy i szukamy zajęcia. Pomysł przychodzi szybko, mianowicie trzeba znaleźć jakieś miejsce na manchado. Nie znając topografii okolicy idziemy w prawo od terminala i oczom naszym ukazuje się kładka .. zamknięta! Ale my dzielni podróżnicy postanawiamy to obejść .. dosłownie. Idąc całkowicie na około przez jakieś krzaki, górki i polany znajdujemy tunel gdzie wjeżdża diez cały Stansted Express, czyli można bezpiecznie przejść gdzieś w okolice cargo. Przechodząc prze parking, będąc już blisko płotu i wieży nadciąga do nas nie ubłaganie jak okres u kobiety, facet który pokazuje jakąś odznakę. Twierdzi, że tu raczej nie można zwiedzać i byłby wdzięczny jakbyśmy sobie stąd poszli. Jako, że nie widziało nam się denerwować brytyjskiej władzy to obraliśmy kurs w tył na zad i tą sam drwied zawiedzeni yo zmarzniêz lo que sea posible a lo largo de la embarcación n. Doszło do pierwszego spotkania między kulturami. Panowie poprosili nas o dokumenciki, zapytali grzecznie co robimy tutaj i zerknęli do plecaków. W trakcie wypisywania “Detener y buscar registro” normalnie z nami porozmawiali, zapewniali, że to wypisują a konieczność ale bez żadnych konsekwencji. Namawiali do nauki w UK. I generalnie przyznam, że byli to najbardziej kulturalni policjanci z jakimi się spotkałem. Po zapytaniu ich jak wrócić najlepiej na terminal bo kładka zamknięta zaproponowali, że ich kolega który zjawił się innym radiowozem, nas podwiezie. I to oto podjechaliśmy jak VIP pod sam terminal. Nie dziwi mnie, ¿eres tam mają taki szacunek dla policji, un nie jak u nas?

Rano po doprowadzeniu się do stanu używalności społecznej w toalecie udaliśmy się na kolejną kontrolę bezpieczeństwa. Jeden przeszedł i kazali mu wyjąć wszystko z plecaka, ja przeszedłem bez problemu, Dawid znów szokuje zdechłą krową w postaci schabowych b. Od razu przypomniał mi się występ Jeffa Dunhama. Kto oglądał a powinien wiedzieć. Oczekiwanie na samolot odbyło się w Starbucks Coffee przy gorącej czekoladzie. Lot krótki i bez niespodzianek, wszystko punktualnie.

Po wylądowaniu udaliśmy się na śniadanie. Typowo wyspiarskie czyli jajecznica, jakaś kiełbasa, smażone pomidory, fasolka i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Później na górkę gdzie można było pocykać samoloty w miejscu przyziemienia. Domyślnie a były Ryanair i Aer Lingus … ale pojawił się Swiss, Lufthansa, Delta, American i kilka innych nie mniej ciekawych. Na prawo od terminala, przez jakąś budowę i drogi gdzie jeżdżą nie tą stroną co należy. W sumie około 40 minut spaceru ale warto było. Była okazja na przetestowanie nowego obiektywu od Zenita w moim Nikosiu. 400 mm f / 6.3 w pełnym manualu bez statywu zdało egzamin. Nic nie mogło uciec.

Po całkowitej straci czucia w kończynach górnych nadszedł czas Odwrotu. Tym bardziej, że wszystkie ciekawsze maszyny (głównie zaoceaniczne) poleciały muy, muy lejos … Było trzeba zjeść coś w tamtejszym comasus gaviotas de los animales de la mano de los animales. Kuczu o dziwo jakoś śpiący nie był i dziwnie na nas patrzył .. tak jakby poprzednią noc przespał na ławce na Stansted. Na wolnocłówce jeszcze zakup ośmiopaka Heinekena (tego z Holandii a nie z Żywca). W Końcu nadszedł czas Aby wejść do naszego Boeinga 737-800 w którym całą drogę przespałem. Podobno coś rzucało i jakieś turbulencje były ale skoro się nawet przy tym nie obudziłem a znaczy, że jednak wcale nie były takie mocne.

banner