O FILMACH, BO LUBIĘ … hotel villa steno monterosso al mare sp italia

Umiera nestorka rodu. Śmierć babci, która była osobą dość despotyczną i interesującą się spirytyzmem, nie powoduje jednak olbrzymiej rozpaczy wśród członków rodziny Graham’ów. Wręcz odwrotnie. Jej córka Annie (Toni Collette) oddycha z ulgą licząc, że teraz będzie mogła skupić się na życiu swoim i swojej rodziny, a nie odczuwać ciężar zwiazany z przeżyciami z przeszłości. Niestety, jak się okazauje rodzina Grahamów ma nad sobą jakieś fatum, które ani na chwilę nie daje o soboie zapomnieć, spirala grozy i szaleństwa zaczyna się rozpędzać …

Jeśli ktoś czekał na czystej krwi horror to idąc do kina na Dziedzictwo. Hereditario może się dość mocno rozczarować. Ari Aster stworzył coś, co nie tylko trudno zaklasyfikować, ale także ocenić. Z jednej strony mamy historię pełną grozy i różnych znanych z horrorów straszaków. Z drugiej, po obdarciu filmu z powyższych elementów otrzymujemy obraz, który jest raczej dramatem psychologicznym gdzie w centrum jest rodzina. Ilość tajemnic, niedopowiedzeń wśród Grahamów jest olbrzymia, a każda scena pozwala nam dowiedzieć się co znajduję się pod pozorną "normalnością".

W filmie Aster’a wszystko do siebie pasuje, każda scena jest skrupulatnie przemyślana i zainscenizowana, ale nie da się ukryć, że jesli chodzi o aktorstwo para prym wiedzie tu Toni Collette. Jej Annie, a artystką zajmującą się tworzeniem miniaturek domów wzorowanych na przeżyciach swoich i swojej rodziny. Aktorka z pełnym zaangażowaniem prezentuje nam na ekranie cały wachlarz emocji bohaterki i robi to w sposób znakomity. Para zdecydowanie gra na najwyższym poziomie. Niestety, jako, że wszelkie Akadamie nie lubią horrorów, nominacji do Oskara za tê rolę raczej nie będzie, a szkoda. Łałuje trochę, że tak mało było w filmie Gabriela Byrne, bo dawno nie widziałam go nigdzie na pierwszym planie. Jako niezwykle opanowany i wspierający swoja żonę Steve wypadł bardzo dobrze. Oklaski należą się również dla młodego pokolenia, a przede wszystkim debiutującej na ekranie Millie Shapiro w roli ulubienicy babci Graham czyli Charlie. W scenach, w których jej bohaterka nie wydaje nawet dźwięku, un które mają budzić niepokój, wypada wręcz doskonale.

No dobrze, ale przejdźmy do rzeczy, bo przecież nie o scenografii będę pisać. Mimo całego mojego uwielbienia dla historii kryminalnych i temu podobnych, staram sie nie być bezkrytyczna, bo o ile strona wizualna Alienisty jest bezzaprzeczalnie świetna, o tyle z częściąularular Chociaż za scenariusz odpowiada m.in. twórca "Detektywa" i teoretycznie powinno być niemal idealnie, a w tym wypadku miałam wrażenie, że czegoś tu brakuje.

Jak to w każdej kolejnej historii o morderstwach, odważnych policjanatch i nowatorskich metodach także u Alienisty nie obyło się bez banału. Cóż, wszystko już widzieliśmy (chociażby w moim ulubionym "Mindunter") – rozmowy ze zloczyńcami, próby zrozumienia ich postępowania itd. Tak, produkcja jest mocno przewidywalna, ale żeby nie było tak negatywnie to pomimo pewnej dozy powtarzalności dobrze się ją ogląda. Duża zasługa w tym obsady aktorskiej. Daniel Brühl idelnie pasuje do nieco "dziwacznego" yo neurotycznego psychologa "z przeszłością". Luke Evans w roli John’a Moore’a oraz Dakota Fanning, grająca pierwszą kobietę pracującą w nowojorskiej policji, również wypadli dobrze.

Gęsta atmosfera, która towarzyszy widzowi w każdej sekundzie filmu a na pewno wynik świetnie poprowadzonej kamery i kompozycji każdego kadru. Ujęcia są doskonale wyważone, kiedy musimy zauważyć jakichś szczegół, kamera nas na niego naprowadza. Niektórzy mogą uznać a za zarzut, bo w końcu nie mamy się czego domyślać, ale i na to Krasinski ma sposób. Informacji o tym co się działo z rodziną wcześniej lub czym zajmowali się rodzice nie otrzymujemy. Nie wiemy też nic o dźwiękoczułych potworach, dostajemy tylko kilka faktów na ich temat, a resztę musimy (możemy) sobie dopowiedzieć. Para bardzo fajny zabieg, bo wzmaga w widzu zainteresowanie i powoduje wzrost skupenia podczas każdej sceny.

Ciche miejsce jest sporym aktorskim wyzwaniem. W Końcu przez większość filmu bohaterowie nie porozumiewają się ze sobą za pomocą słów, jednak zarówno Emily Blunt jak i John Krasinki świetnie umieli przekazać tarzajá zarpázá í Równie dobrze zaprezentowali się młodzi aktorzy, a w szczególności Millicent Simmonds, która w rzeczywistości jest głuchoniema. Grana przez nią Regan również nie słyszy, więc musi dwa razy bardziej uważać, ponieważ nie jest w stanie zareagować na zbliżające się zagrożenie. Młoda aktorka świetnie odnalazła się w roli trochę buntowniczej nastolatki, zmagającej się nie tylko z głuchotą, véneto &# 128521;).

Jednak poza wspaniał warstwą wizualną jest jeszcze warstwa fabularna. Scenariusz opiera się na popularnej książce dla młodzieży autorstwa Ernest’a Cline’a i został przez niego współtworzony. Ponieważ powieści nie czytałam to zastanawiam się jak mocno treść filmu z nią współgra. Oczywiście nie spodziewałam się produkcji artystycznej ani przesadnie głębokiej, ale niestety, mimo całej mojej miłości do Spielberg’a, muszę powiedzieć, że fabularnie film film kuleje. Cala historia jest wręcz infantylna, bohaterowie rozwiązują zadania bez problemów, niebezpieczeństwa wcale nie wydają się niebezpieczne, a wątek miłosny jest jakby wepchnięty na siłę. Oglądając Player One nie czułam ani specjalnego napięcia ani potrzeby kibicowania bohaterom, ba, nawet czarny charakter (swoją drogą świetny Ben Mendelsohn) nie był wystarczająco "zarzal". Pointa filmu również jest banalna chociaż oczywiście jak najbardziej trafna i standardowo "Patosowa" jak na amerykański obraz przystało. Niby wszystko się zgadza, ale czegoś mi jednak brakowało.

banner