Gabriel, Peter – Así que recenzje ArtRock.pl ltc anticipar las reglas

Tą scenką skomentował Tomasz Beksiński jakieś 20 lat temu najnowszą wówczas płytę Petera Gabriela „So”. Jak można było się domyślić, nie był jej szczególnym entuzjastą. A wtedy polskich mediach panował Jedyny, Słuszny Pogląd Dotyczący Nowej Płyty Petera Gabriela. El Arcydzieło, ach, ech, och, cud, miód i orzeszki. A w ogóle to na kolana. Tomek ośmielił się być nieco odmiennego zdania – Zaraz, zaraz, Piotr G. wydał kilka lat wcześniej niesamowitą „Czwórkę \". Czy łaskawi Panowie redaktorzy o tym zapomnieli, czy może jej nie znają? Jeżeli nie – wypadałoby poznać. Bo przy „Czwórce” „Entonces” nie świeci już tak jasno.

Co się potem działo, matko pojedyncza. Odsądzanie od czci i wiary – że “godzi i narusza”. Parę osób zapałało świeckim oburzeniem (a było jeszcze za komuny, na antenie państwowego radia święte oburzenie por nie przeszło). Jeden z redaktorów Dwójki tak się zapienił, że się w bluzgach Prawie poplątał :). Mimo wszystko redaktor Beksiński zachował stoicki spokój i powiedział – Puszczę Wam niedługo „Czwórkę”, por sobie porównacie. Yo tomo zrobił. Jakiś czas później w Wieczorze Płytowym pojawił ten album.

Ja się dałem przekonać. W porównaniu z „Czwórką”, „So” to płyta łatwa, lekka i przyjemna. Nie ma tego ciężaru gatunkowego, brak jej klimatu i magii poprzedniej płyty. Utwory z „Czwórki” mają zdecydowanie większy ładunek emocjonalny. “El ritmo del calor”, “San Jacinto”, “Pon tus manos sobre mí” mają swoją dramaturgię. Przy nich „Red Rain”, „Here That Voice Again”, albo nawet „In Your Eyes” (w sumie bardzo dobre utwory) wypadają nieco bladawo, un „Big Time”, lub „Sledgehammer” brakuje sporo energii w stosunku do pędzącego rymmami „El beso de la vida” albo zupełnie wariackiego „Shock The Monkey”.

Dobrze, a teraz wypadałoby na „So” popatrzeć z nieco inaczej. W stosunku do „Czwórki” nie jest to krok ani w tył, ani w przód. Raczej w bok. Coś innego. Tak a zostało zaplanowane i tak wyszło. Warto zwrócić uwagę na pewne szczegóły – „So” to pierwsza płyta Gabriela, która ma tytuł. „Jedynka” czy „Czwórka” a nie są oficjalne tytuły. One nie miały tytułów, sygnowane były tylko Peter Gabriel, a numerki nadała im publiczność i prasa branżowa, ¿no es por nie było zamieszania w temacie. Inna sprawa a fotografia na okładce. Dopiero na „So” wizerunku Gabriela nie poddano zabiegom „oszpecania”.

Dlatego miała być to zupełnie inna, zupełnie nowa płyta. Cztery pierwsze płyty było to szukanie swojego miejsca na muzycznej ziemi. Przez cztery płyty krystalizował się własny styl Gabriela. Na czwartej został już ostatecznie dopracowany. Ten okres podsumowuje doskonały koncertowy album „Plays Live”. A potem, kiedy wszystko już do siebie pasowało, Gabriel wykonał skok na kasę. “Así es” jest skokiem na kasę – nie da się ukryć. Tylko skok na kasę można robić „na chama”, a można z klasą. Nie ma w tym momencie sensu wspominać jaka drogę wybrał. Bez większych strat artystycznych, udało mu się nagrać płytę, którą podbił świat. Wcześniej był wykonawcą dosyć popularnym, ale dość trudnym w odbiorze i elitarnym. Dzięki „So” stał się supergwiazdą ze szczytów list przebojów i z pierwszych stron prasy muzycznej.

Po pierwsze produkcja – odpowiadali za to sam Gabriel i prawdziwy mag konsolety, uczeń Briana Eno – Daniel Lanois. Tak pięknie wyprodukowanej płyty ze świecą szukać. Warto zauważyć, że ta płyta została nagrana i zmiksowana analogowo, czyli przy użyciu zwykłej taśmy magnetofonowej. Jak na dzisiejsze czasy – omalże garaż. Ale efekt jest taki, ze nawet po 20 latach bije na głowę olbrzymią większość współczesnych produkcji. Para brzmienie instrumentów – pełne, soczyste, ciepłe. Ich ustawienie obok siebie, dobór pogłosów, wspaniała przestrzeń, nowatorstwo rozwiązań rytmicznych, które wywodzą się co prawda z „Czwórki” i trochę z „Trójki”.

W kategorii „ambitny pop-rock” ta płyta konkurencji wówczas nie miała praktycznie żadnej. Jedynie dwie pierwsze płyty solowe Stinga były na podobnym poziomie. Kate Bush i jej „Hounds” of Love ”, un Ferry ze sweim de także„ Boys & Muchachas ”, mimo całej mojej wielkiej sympatii dla tych wykonawców, a jednak dzieła z nieco niższej półki. Gabrielowi pod wieloma względowi wyszła płyta doskonała. Muzycznie … uczciwie mówiąc, też bez słabych punktów. „Big Time" i „Sledgehammer” – nigdy mi się zbytnio nie podobały, oprócz doskonałych teledysków. Chyba dlatego, że w tamtych czasach nie znosiłem sekcji dętych. Kojarzyły mi się z takim plastikowym soulem z amerykańskich list przebojów, którego nie cierpiałem. Ale Biały Gabriel potrafił zrobić bujający, porządny czarny numer. Para trzeba docenić. “Big Time” przeszkadza mi z jeszcze z innego powodu. Jest po „Mercy Street”, najpiękniejszej piosence, jaką kiedykolwiek Gabriel skomponował i rozpieprza dokumentnie nastrój, który właśnie zaczynał się tworzyć. “No te rindas” a też bardzo ładna piosenka, ale zarżnięta na amen przez stacje radiowe. Jeśli ktoś w ogóle nie zna Petera Gabriela, a las diez de la mañana. A zresztą, zarżnięta – nie zarżnięta, bardzo ładna i już. Haz tego Kate Bush gościnnie … Ech … Płyta ma dwa zakończenia – w wersji analogowej jest to niesamowity “Hacemos lo que le dijimos”, króciutka perełka, po „Mercy Street” najlepszy utwór na płycie, a wersja kpápáquee en el interior de la tienda. utworu z płyty “Mister Heartbreak” Laurie Anderson “This Is The Picture (Excellent Birds)”.

„So” to pierwsza z cyklu trzech „regularnych” płyt, jakie Gabriel nagrał w ciągu szesnastu lat. Potem było po sześciu latach „Us”, po kolejnych dziesięciu (!) „Up” – moja ulubiona z tej trójki. Słychać, że Gabriel konsekwentnie podąża swoją ścieżką, którą sobie wyznaczył na początku lat osiemdziesiątych. Nawet jeżeli już przestał być odkrywcą nowych muzycznych lądów, to dalej pozostał tworcą o wielkim talencie, pracowitości, otwartym na wszystko, co się wokół niego w muzyce dzieje.

banner