2000 BLONDIE monero software minero mac

Blondie mieszka w Nowym Jorku i chodzi na spacery z psem budzącym trwogę. Un może a ona sama budzi trwogę, nie pies? Nie uznaje małżeństwa, uwielbia Marilyn Monroe i nie potępia narkotyków. Ostatnio – po ukończeniu 50 lat – zaserwowała fanom tryumfalny powrót na estrady, a na listach przebojów królował jej nowy singiel, "Maria". O tym wszystkim, un także o innych rzeczach z Debbie Harry, znaną jako Blondie, rozmawia – specjalnie dla URODY – Daniel Wyszogrodzki.

BLONDIE: W połowie lat siedemdziesiątych, kiedy zaczynałam śpiewać, Nowy Jork stał się bankrutem. Wcześniej był nie tylko wielkim miastem handlowym i portem, ale także – o czym się już dziś nie pamięta – miastem przemysłowym. Nawet na Manhattanie, zwłaszcza w jego środkowej części, wytwarzano wyroby przemysłu lekkiego. Kiedy przemysł wyniósł się z miasta, zachwiało to nie tylko jego wizerunkiem, ale także ekonomią.

BLONDIE: Z pewnością. Wytworzyła się paradoksalna przeciwwaga – im uboższe było miasto, tym ciekawszą rodziło muzykę. A może nie było w tym paradoksu? Oczywiście na początku nowej dekady machina przemysłu rozrywkowego wchłonęła nową falę i określenie new wave stało się kolejnym terminem marketingowym. Pewne tendencje oddolne zachowały się jednak i był a okres fantastycznego ożywienia muzyki klubowej. Potem pojawił się rap…

BLONDIE: Wychowałam się w New Jersey, ale kocham Nowy Jork. Uważam, że ma więcej do zaoferowania niż wszystkie inne miasta świata razem wzięte. Mówi się, że to „kocioł”, że nigdzie nie miesza się tylu różnorodnych ludzi, ale w zakresie kultury, rozrywek albo życia nocnego, Nowy Jork nie ma równych. Czuję się tu doskonale. Mam wielu przyjaciół, un bardzo lubię towarzystwo osób ekscentrycznych. W Nowym Jorku ich na szczęście nie brakuje. Por ejemplo, czasu mieszkam w Chelsea …

BLONDIE: ¡Boże! Para taka speluna! Ja także się z tym spotkałam. Ludzie spodziewają się miejsca kultu – najchętniej zobaczyliby tam kapliczkę. A a nie jest sala Carnegie – a rudera, zresztą nie od wczoraj. Zaczynały tam nieznane zespoły – trudno się spodziewać, żeby ktoś zaczynał w sala Carnegie. Graliśmy, gdzie się dało, a młodzież przychodziła tam, gdzie było tanio. Najchętniej tam, gdzie dało się wejść za darmo.

BLONDIE: Pracowałam tam pod koniec lat sześćdziesiątych. Znałam ich wszystkich z widzenia, ale byłam młoda i wyjątkowo nieśmiała. Nie zaprzyjaźniłam się z żadnym z tych ludzi – fascynowali mnie, ale mogłam im się tylko przyglądać. Uważałam, że są cudowni, ekscytujący. Sytuacja zmieniła się w latach siedemdziesiątych, kiedy Max Kansas City otwarto ponownie. Śpiewałam już w zespole i występowaliśmy także i tam. Zawsze uważałam The Velvet Underground za swoją wielką inspirację – tołła zupełnie inna muzyka i całkiem inni ludzie. Wyróżniali się na tle czasów, bo wtedy wszystko było hippisowskie – el poder de las flores, etc. Było nich coś mrocznego, ciemnego …

BLONDIE: Najszybciej wygasły przelotne przygody – jak tylko zaczęło do nas docierać czym a grozi. A potem stopniowo wzięła w łeb cała rewolucja seksualna, jaka dokonała się w latach sześćdziesiątych. Skończyła się swoboda, do której byliśmy przyzwyczajeni, i z której skwapliwie korzystaliśmy. Wszystko odwróciło się do góry nogami. Najwięcej paniki wywołał fakt, że AIDS przenosi się przez płyny ustrojowe. Dopiero po pewnym czasie skojarzono to z narkotykami …

BLONDIE: Spróbuj mnie dobrze zrozumieć. Nie namawiam do brania narkotyków i nie twierdzę, żde acuerdo a zdrowy styl życia? Ale w moim przypadku narkotyki odegłły pozytywną rolę. Pomogły mi lepiej zrozumieć siebie samą. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Uważam, że próby prawnego uregulowania tego problemu w naszym kraju, bywają równie niebezpieczne, jak same narkotyki. Rząd nie ma pojęcia, jak to robić – w elitach władzy panuje zupełna ignorancja na ten temat.

BLONDIE: A była naturalna fascynacja. Te historie z „matką moich marzeń” zostały wyolbrzymione po kilku moich wypowiediedziach. Czułam raczej, że Marilyn Monroe była matką moich pomysłów, że – na długo przede mną – prowadziła poszukiwania podobne do moich, na temat siebie samej i sposobów samookreślenia sięz. Była bardzo utalentowana, ale początkowo nikt tego nie widział, un potem nikt nie chciał jej tego przyznać. Diki nikt nie ma co do tego wątpliwości, ale nie została doceniona za życia, a sądzę, że było jej to bardzo potrzebne. A zrozumiałe, że młoda dziewczyna – jaką wtedy byłam – czuła z nią coś w rodzaju więzi, naturalnego porozumienia.

BLONDIE: Nigdy nie miałam takiej potrzeby. Nie jestem typem samotnika i lubię żyć w związku, nigdy jednak nie chciałam wiązać się z kimś w sposób formalny. Uważam, że śluby małżeńskie to dziedzictwo średniowiecza. Prymitywny koncept, w którym kobieta staje się czyjąś własnością. Nie podoba my się ten pomysł i nigdy nie chciałam stać się czyjąś własnością.

banner